Dzwony biją na alarm

książka
Fot. pixabay.com

Dzięki informacji na Facebooku, co jak się okaże nie jest bez znaczenia, trafiłem na artykuł Michała Michalaka pt. „Czym grozi nieczytanie”1. Autor podpiera się opinią noblisty Mario Vargasa Llosa, którą warto zacytować: „Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał”. Trudno z taką opinią się nie zgodzić, tym bardziej nam, ludziom łakomym na literaturę, którym wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że można się bez książki obejść. A, jak wynika z danych Biblioteki Narodowej, 58 proc. ankietowanych Polaków w ubiegłym roku nie przeczytało ani jednej książki, a 19 proc. żadnego tekstu pisanego. Te dane są naprawdę zatrważające.

 

Mam jednak paskudnie przekorną naturę i po przeczytaniu artykułu nasunęły mi się całkiem odmienne refleksje niż te, które sugeruje jego autor. Bo chętnie nadałbym swemu felietonowi tytuł „Komu bije dzwon”, gdyby ten tytuł już nie był zarezerwowany przez Ernesta Hemingwaya. Zacznę od ankiet. Z nimi jest tak, że zazwyczaj zakłamują rzeczywistość. Wystarczy ostatni przykład wyborów prezydenckich. Prezydent Komorowski miał 65 proc. poparcie, najgroźniejszy konkurent niespełna 20, a czym się ta przewaga skończyła, widać na załączonym obrazku… Choć faktycznie, coś w tych ankietach musi być, skoro wydawcy i księgarnie narzekają na spadek popytu tej strawy duchowej, jaką są książki. Wydawcy prasy również, i tu już przedstawionym danym trzeba wierzyć, bo nakłady prasy codziennej maleją i tej tendencji nie da się odwrócić. Bezspornie, jako statystyczni Polacy, czytamy zdecydowanie coraz mniej, rzecz w tym, że tego, co jest na papierze.

 

 
Michał Michalik szukając przyczyn tego stanu rzeczy, opisuje to zjawisko w zdawałoby się – rzeczowy sposób, bo oprócz powoływania się na ankiety, przytacza opinie ludzi znających się na rzeczy. Poprzestanę na przedstawieniu tylko dwóch opinii, aby za bardzo nie przynudzać. Dowiadujemy się, że najliczniejszą grupą nieczytających stanowią ludzie po sześćdziesiątce i mieszkający na wsi. Tu dygresja, mam się za absolutne zaprzeczenie tej tezy. Kupuję albo dostaję około piętnaście książek rocznie plus przynajmniej tyle samo pożyczam w bibliotece, choć skromnie przyznaję – to na pewno nie są rekordy. Prof. Wielecki wini za ten stan rzeczy również media – telewizję i Internet. Na dodatek obaj straszą groźnymi skutkami tego trendu do nieczytania, którego przyczyny – powołując się na różne badania, widzą jako efekt wtórnego analfabetyzmu m.in. problemy ekonomiczne, brak zaufania do innych i rosnącą nienawiść, zagrożenie dla demokracji, deficyt uczuć wyższych, popadanie w populizm, zwiększone ryzyko zachorowania na Chorobę Alzheimera itd.
 
Mamy w artykule również próby znalezienia recepty mającej ten trend do nieczytania zmienić, ale jak

książka
Fot. pixabay.com

pisze sam Michalik, do tej pory jest to „radosny festiwal prób i błędów”, który co najwyżej jest w stanie zachęcić do czytania… tylko tych już czytających. I ja się w tej kwestii całkowicie zgadzam. Mnie tylko martwi, że zarówno Autor, jak i osoby, które cytuje, nie dostrzegają prawdziwej przyczyny tego stanu rzeczy. A ona jest prosta jak przysłowiowy drut: jest nią cena książki w księgarniach, podejrzewam, że kilkanaście razy wyższa niż nakłady poniesione na jej wydanie. Ja wiem, wszyscy chcą zarobić, wszystkim pośrednikom musi się to opłacić, tylko dlaczego czytelnik ma finansować te ich marzenia o eldorado? Dlaczego owi bijący w dzwony na alarm nie chcą widzieć tej prostej zależności – uczniom wpaja się zamiłowanie do słowa pisanego i to zazwyczaj z dobrym skutkiem, nawet zmiana obowiązkowych lektur wydaje się tu zabiegiem ze wszech miar pożądanym. Ale gdy amator książek opuści mury szkolne, staje przed dylematem: kupić wcale nie tanią książkę, czy ciuch w sytuacji, gdy musi szukać pracy, a pensja – często za groszowy staż, ledwie starcza na życie. A jak już mu się poprawi, myśli o założeniu rodziny, kupnie mieszkania i najczęściej o tym, by utrzymać swoje dzieci. Gdy wreszcie jego sytuacja się ustabilizuje, nawyk czytania popada w niepamięć, najczęściej już na zawsze. Skoro A. Michalik powołuje się na statystyki dotyczące czytelnictwa, warto przywołać również statystki pokazujące ekonomiczną sytuację społeczeństwa. Te są bardzo zbliżone, mówią o około 60 proc. nieczytających i praktycznie tyluż samo zagrożonych biedą. Trzeba lepszej zależności przyczynowo-skutkowej?

 

Mnie w tej sytuacji jakoś nie martwi zagrożenie wynikające z telewizji i Internetu. Aby korzystać z netu, trzeba czytać; aby korzystać z telewizji, trzeba słuchać i widzieć. Zarzut, że większość tych treści jest mało wartościowa, to przewrotna i bardzo naciągana teza. Jeśli ja dziś wchodzę do księgarni i jestem zalewany stertą tandetnych harlekinów, banalnymi kryminałami i romansami, książkami pseudosensacyjnymi, niezliczoną ilością albumów, idiotycznych poradników typu jak zrobić karierę, komiksami i literaturą dziecięcą z krainy koszmarków i jednocześnie nie znajduję klasyki rodzimej czy światowej, gdy na pozycje, zasługujące na miano literatury poważnej czekam nieraz miesiącami, to ja pytam – czym się dziś ta księgarnia różni od tandetnej telewizji i zalewu bzdurnych informacji w necie? Na przekór tezie o zagrożeniu Internetem, dziś właśnie tam łatwiej mi znaleźć, wybrać i zamówić najtańszą książkę w interesującym mnie temacie. I co najważniejsze, i telewizja, i net w ogólnym rozrachunku są tańsze nawet od przecenionych i niechodliwych książek, eksponowanych w dziwnych koszach, jak na śmieci. Bo w tych koszach przebiera się jak w śmieciach. Próbowałem…

 

książka
Fot. pixabay.com

Istnieje jeszcze jeden trend, o którym mało się mówi, według mnie pozytywny, a który niejako odwraca relację autor – czytelnik. Dziś za sprawą netu dla wielu otworzyła się furtka, która pozwala dotychczasowemu czytelnikowi wcielić się w rolę autora, czego sam jestem przykładem. Tu rodzi się nowa, całkiem ciekawa motywacja. Chcesz być poczytnym, musisz pisać dobrze, a przynajmniej poprawnie. W necie natychmiast wytkną amatorom własnej twórczości każde potknięcie, nieraz w bardzo bolesny i brutalny sposób, bo język hajterów jest obcesowy i bezpardonowy, czego autorzy tradycyjnych książek już nie zawsze doświadczają. Oczywiście, ta radosna twórczość w necie funkcjonuje na różnym poziomie, ale tak jak się dzieje z autorami prawdziwych książek, tak i tu następuje samoistna selekcja.

 

Jestem przekonany, że dzieje się w literaturze coś zdecydowanie przełomowego, coś na miarę wynalezienia druku. Jakie tego będą skutki, nie podejmuję się wyrokować, ale znając życie, to ono właśnie zweryfikuje tę rodzącą się, nową rzeczywistość słowa pisanego. Niemniej, jeśli książka nie chce ponieść w tej batalii o czytelnika zbyt szybkiej i druzgocącej klęski, trzeba pomyśleć po pierwsze, o uczynieniu jej zdecydowanie tańszą (czytaj – dostępną), po drugie, skończyć z zalewem tandety. Tytułowe dzwony biją nie tyle na alarm potencjalnym czytelnikom, ale przede wszystkim wydawcom, dystrybutorom i autorom książek.

Przypisy:

ˡ – wszystkie cytaty pochodzą z artykułu: Michała Michalaka „Czym grozi nieczytanie?

 

Autor: Kornel Wolny

 

 

 

 

Dzwony biją na alarm
5 (1)

2 komentarze


  1. Nie do końca prawdą jest,że ludzie mieszkający na wsi czytają mało. Dostęp do wartościowej literatury jest zupełnie bezpłatny. Biblioteki wiejskie są zaopatrzone w naprawdę ciekawe pozycje, uzupełniane na bieżąco. Być może mam szczęście mieszkać w takiej gminie, gdzie nie oszczędza się na książce. Mam kilka kroków do biblioteki i widzę ludzi w moim wieku tzn. po sześćdziesiątce, którzy regularnie przychodzą po nowości, ale i sami szperają aby wyłowić coś z klasyki. Tu nawyk czytania przechodzi z rodziców na dzieci. I nie chodzi tu o lektury, te z racji obowiązku wypożyczane są w szkolnej bibliotece.Tu przychodzi się dla przyjemności. Z dwustu dwudziestu mieszkańców siedemdziesięciu to czytelnicy stali. Do dyspozycji jest ponad cztery tysiące woluminów, na bieżąco kupowanych, według zapotrzebowania czytelników, przy równoczesnym kasowaniu „zaczytanych”. Nie kupuję wielu książek,skoro mogę je mieć za darmo. Na moich półkach stoją jedynie te, które mają dla mnie dużą wartość. Egzemplarze, których nie ma w naszej bibliotece, bibliotekarz dostarcza mi z biblioteki gminnej albo innej filii, wystarczy zgłosić. Poza tym mogę w każdej chwili sprawdzić w katalogu, w internecie, czy dana pozycja jest na półce, lub u czytelnika.

    Odpowiedz

  2. Ja się z Pani/Pana opinią w zupełności zgadzam – i to w swoim artykule podkreślam. Nie mam pojęcie na jakiej podstawie ci „spece znający się na rzeczy” wyciągnęli taki wniosek, że akurat najmniej czyta się na wsi. Być może nigdy na wieś nie zaglądali, a przynajmniej do bibliotek wiejskich. Inną sprawą jest dostępność książek do kupienia. W moim przypadku, w jedynej księgarni gminnego miasteczka, oferta książek jest bardziej niż uboga – a tego już zrozumieć nie mogę, bo w tychże zatrzęsienie jest zabawek – koszmarków. Łączę pozdrowienia

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *