Beksiński – malarz metafizyczny

Beksiński
Fot.Plakat zapowiadający wystawę

Zdzisław Beksiński “In hoc signo vinces” – taki tytuł nadano wystawie prac Zdzisława Beksińskiego, która odbywa się w warszawskim Muzeum Archidiecezji. Znaczy to: “pod tym znakiem zwyciężysz” i jest odwołaniem do znaku krzyża, który miał się ukazać na niebie Konstantynowi Wielkiemu przed jego wyprawą na Rzym w 312 roku. Wtedy też podobno usłyszał wspomniane wyżej słowa. Byłam na tej wystawie i obejrzałam praca artysty.

Krzyż widnieje na wielu obrazach Beksińskiego. Czasem wyraźny, czasem dostrzega się go po pewnym czasie. Obrazów na wystawie jest 20, prócz tego ok. 30 rysunków artysty oraz tyle samo jego zdjęć. Od zdjęć zresztą Beksiński zaczynał swoją drogę artystyczną. Muszę jednak stwierdzić, że nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, na pewno nie takie, jak obrazy i po części rysunki, które moim zdaniem były szkicami do późniejszych malowanych dzieł.

Nie widziałam do tej pory na żywo prac artysty. Trochę wiem o nim, o jego życiu i życiu jego najbliższej rodziny z książki Magdaleny Grzebałkowskiej pt. “Beksińscy. Portret podwójny” oraz z filmu „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego. Jak wiadomo Zdzisław Beksiński zginął “głupią” śmiercią” – został zabity przez syna swojego dobrego znajomego, prawdopodobnie dla pieniędzy. Samobójstwo popełnił jego syn Tomasz, znany i ceniony dziennikarz muzyczny i tłumacz. Nagłą, choć spodziewaną śmiercią, zmarła także żona artysty, u której zdiagnozowano tętniaka aorty.

Tak więc śmierć odcisnęła mocne piętno na codzienności artysty, jednak zanim umarł Tomek oraz żona, Beksiński malował w podobny sposób, dlatego też nie można sądzić, że makabryczne obrazy powstały na skutek przeżyć malarza.

A jednak obrazy Beksińskiego są makabryczne, mroczne, przepojone wizją śmierci. Stworzone na ogół w ciemnych barwach, z niezwykłą precyzją, jeśli chodzi o najmniejsze nawet detale. Przedstawiają zazwyczaj jakieś dziwne istoty, przerażające krajobrazy, mnóstwo jest na nich szkieletów, czaszek. Robią olbrzymie wrażenie, lecz jest to wrażenie niepokoju, smutku, przybicia, refleksji nad przemijaniem, oraz rozmyślań, co też takiego musiało się kiedyś stać w życiu malarza, że jego wizja świata była tak bardzo pesymistyczna i przerażająca.

Z książki M. Grzebałkowskiej nie wynika, by Zdzisław w dzieciństwie i młodości przeżył tragedię, oprócz wojny, jednak wojna to tragedia ogólnonarodowa, a przecież nie odebrała nam wszystkim optymizmu i nadziei. Może więc nic się nie wydarzyło, może Beksiński po prostu taki się urodził, taką miał mroczną osobowość, może w jego mózgu powstały jakieś niezbadane dotąd połączenia, może jakieś mikrouszkodzenia, które sprawiły, że świat jawił mu się w ciemnych, strasznych barwach. Zresztą, już czytając książkę i oglądając film, nie mogłam pozbyć się natrętnej myśli, że artysta nie był normalny, w każdym razie w potocznym rozumieniu tego słowa.

Większość prezentowanych na wystawie obrazów nie ma tytułu, a te które go mają, i tak nic nie mówią, są to najczęściej jakieś inicjały. Wystawa zorganizowana jest we współpracy z paryską Galerią Roi Dore, która prace artysty prezentowała także w swojej paryskiej siedzibie pod koniec ubiegłego roku. Większość dzieł pochodzi z prywatnych zbiorów Anny i Piotra Dmochowskich, dwa są własnością Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Piotr Dmochowski przez długie lata kupował od Beksińskiego jego prace za niewielkie pieniądze, jakby czuł (słusznie!), że kiedyś artysta będzie sławny, a jego prace będą znacznie więcej warte. A malarz w zasadzie przez większość dorosłego życia utrzymywał siebie i rodzinę z pieniędzy, które otrzymywał od Dmochowskiego.

Dzieła Zdzisława Beksińskiego można na stałe oglądać w Sanoku (rodzinnym mieście artysty), Krakowie i Częstochowie. Warszawska wystawa w Muzeum Archidiecezji potrwa do końca września. Mimo klimatu, który tu opisałam, zachęcam do jej obejrzenia. Warto spojrzeć na obrazy z własnej perspektywy, pamiętając, że artysta ma prawo do swojej wizji świata, która nam nie musi się podobać. A jednak przeniesiona na płótno, robi wrażenie. I dla tego właśnie wrażenia warto ją zobaczyć.

Autor: Iwona K.