Moja ukochana szkoła

Moja pierwsza szkoła była jednocześnie moim domem. Dosłownie. Rodzice, oboje nauczyciele, dostali służbowe mieszkanie w budynku szkoły. To była malutka, wiejska szkoła, zaszyta w leśnych ostępach. Chodziło do niej nie więcej jak 50 dzieci, mieszkających w gospodarstwach rozsianych po okolicy. Władze gminy uznały, że lepiej tym dzieciom przybliżyć szkołę niż skazać je na codzienne przemierzanie nawet kilkunastu kilometrów do najbliższej wsi. Zwłaszcza, że ten budynek stał tu już od wielu lat, wybudowali go dla swoich dzieci holenderscy osadnicy, którzy kiedyś w tych okolicach mieszkali. Po wojnie osadnicy wyjechali i na polanie w środku lasu została tylko szkoła, kaplica i oddalony o kilkaset metrów od polany, cmentarzyk. Wystarczyło szkołę trochę rozbudować i przystosować do nowych warunków. Nie było wtedy szkół zbiorczych ani szkolnych autobusów. Już dotarcie do tej leśnej szkoły było dla niektórych wyzwaniem, zwłaszcza w zimie albo po ulewnych deszczach.

Ale ja i moja siostra miałyśmy luksus. Do szkoły schodziłyśmy z pięterka na dół, nawet nie musiałyśmy przechodzić przez szkolne podwórko. Lekcje też odbywały się w trochę rodzinnej atmosferze. Pomijając fakt, że nauczycielami byli rodzice i dwie „ciocie” zaprzyjaźnione z naszą rodziną (bo jakże by inaczej, skoro jedna mieszkała obok nas, a druga, dojeżdżająca, przyjaźniła się z moją mamą), to nauka była bardzo indywidualna. Nauczyciel, prowadząc jednocześnie lekcję na kilku poziomach – zadawał i sprawdzał wszystko każdemu z osobna. Miał czas żeby poznać każde dziecko i jego umiejętności. Nic dziwnego, że kiedy co kilka miesięcy jechaliśmy do głównej siedziby szkoły na sprawdziany naszej wiedzy, wypadaliśmy znakomicie. A i potem, do szkół średnich, egzaminy wszyscy zdawali bez problemów. Nawet ci mniej zdolni, radzili sobie, bo mieli wszystko wytłumaczone zgodnie z ich możliwościami.

Najbardziej lubiłam kiedy robiło się ciepło i nasze lekcje przenosiły się na dwór. Na łące koło szkoły była tzw „letnia klasa”, z ławkami, na których siadaliśmy i słuchaliśmy opowieści nauczyciela. Oczywiście w takiej klasie nie mogły się odbywać wszystkie lekcje, tylko te, w trakcie których nie musieliśmy nic zapisywać, bo nie było tu pulpitów. Ale nauczyciele starali się jak najczęściej właśnie tutaj prowadzić swoje lekcje. Bywały nawet przepychanki, który z nich teraz weźmie „letnią klasę”. Bywały też lekcje prowadzone w czasie leśnych spacerów. Poznawaliśmy w ten sposób przyrodę, a nawet fizykę. WF był zawsze na dworze.

Autor: Teodozja

(praca przysłana na konkurs “Widziane ze szkolnej ławki”)