„Westworld” – sezon drugi

Westworld

Obiecałem recenzję drugiego sezonu tego pasjonującego serialu, więc jest, choć przyznam jak na spowiedzi, mam w tym przypadku poważny problem. O ile pierwszy sezon oglądało się łatwo i przyjemnie, co nie do końca jest prawdą (patrz: recenzja pierwszego sezonu), o tyle drugi jest już raczej przeznaczony dla snobów, fanatyków science fiction, takich jak ja.

Niby jest tak samo, te same plenery, ci sami aktorzy, ci sami reżyserzy, innymi słowy ta sama ekipa i scenografia, a jednak różnica wydaje się być kolosalna. Po pierwsze zmienia się fabuła. Drugi sezon nie jest już tylko opisem relacji hostów do ludzi, ale w realistyczny sposób ukazuje historię ich buntu oraz jego fatalne skutki dla jednych i drugich. Ten sezon cechuje pewne dziwne zjawisko. Im obserwator akcji serialu bardziej się wciąga w fabułę kolejnych odcinków, tym mniej rozumie, o co w tym wszystkim biega. I chyba autorom o to chodziło. Próbuje ów widz, w tym ja, zrozumieć pogmatwaną intrygę, więc czeka z utęsknieniem na kolejny odcinek, łudząc się nadzieją, że coś się wreszcie wyjaśni. To marzenie ściętej głowy, gdyż zamiast odsłaniania tajemnicy, dostajemy kolejną porcję zagadek, nie mając nawet pewności, czy to w ogóle są zagadki. Właściciel parku, niejaki Wiliam (grany przez Jimiego Simpsona) wyjaśnia: „W parku nic nie jest realne z jednym wyjątkiem – gości. Ludzie tutaj są wolni. Nikt nie patrzy, nikt ich nie osądza. To jedyne miejsce na świecie, gdzie widzisz ludzi takich, jakimi są”. Okazuje się jednak, że i to nie jest do końca tak, jakby to wynikało z tej wypowiedzi, gdyż to ludzie – goście, ich zachowania i reakcje są przedmiotem zakamuflowanych badań i analiz. Pod płaszczykiem wojny hostów z ludźmi tak naprawdę obserwujemy bezpardonową walkę różnych korporacji o te dane i analizy. Więcej nie zdradzę.

Na postać pierwszoplanową wysuwa się host Jeffrey (grany przez Bernarda Lowe), który usiłuje w swojej świadomości odnaleźć całe swoje istnienie, świadomie nie piszę historię swojego istnienia. Dolores i Thandie też nie znikają z planu, ale pewnie tylko po to, aby zrozumieć, że ich próba wyswobodzenia się z parku, mało że beznadziejna, jest również bezsensowna. Świat poza parkiem nie jest światem dla nich, gdyż są istotami nieśmiertelnymi, mimo że czasami odstawionymi do magazynów. Jak wspomniałem poprzednio, każdego hosta da się naprawić, tym samym nigdy nie zrozumieją sensu życia prawdziwego człowieka, dla którego życie zawsze kończy się prawdziwą i nieodwracalną śmiercią. I tu pewnie dochodzimy do sedna intrygi „Westworld”. Na tle niezliczonej ilości barwnych wątków i malowniczych krajobrazów widz w końcu musi sam siebie zapytać o sens śmiertelnego życia i równie intrygujący sens nieśmiertelnej wieczności, okraszonych sosem pragnień, moralności i naszych ludzkich słabości. Spokojnie, autorzy filmu nie odpowiadają na te kwestie, nie sugerują żadnych rozwiązań, nie oceniają naszych postaw i wyborów. Całą maestrią serialu, a drugiego sezonu w szczególności, jest jedno wielkie pytanie o sens wszystkiego.

Owszem, występujący w drugim sezonie dr Robert (Anthony Hopkins) jako hologram nieżyjącego twórcy parku zdaje się wyjaśniać pewną zasadniczą intencje parku „Westworld”, coś na wzór eksperymentu, w którym inteligentne hosty, zyskawszy samoświadomość, przy pomocy żywych ludzi, mają doprowadzić do unicestwienia samych siebie i swojego świata. To tylko moje przypuszczenia, ale ową intencję można odwrócić. Jaki skutek będzie miał dla nas – prawdziwie żywych – niczym nieograniczony rozwój inteligencji?

Oglądanie „Westworld” w czasie letniej kanikuły, a w szczególności w takie upały, jakie dotykają nas obecnie, raczej jest niewskazane. Serial wymaga pewnej dozy wysiłku intelektualnego, ale w moim odczucie dlatego jest wart obejrzenia. Nie wiem, czy będzie sezon trzeci, należy przypuszczać, że raczej tak. Wiele wątków pozostało z intrygującym znakiem zapytania, a i jego popularność na kanale HBO jest ogromna. Nie tak łatwo producenci zrezygnują z kury znoszącej złote jaja.

Autor: Kornel Wolny