Wybory, ach wybory

wybory

Zbliżają się wybory samorządowe, więc należy wziąć w nich udział, jak najbardziej. Wprawdzie ciszy wyborczej jeszcze nie ma, ale ja tam nikogo nie będę agitował, kogo wybierać. Głosujesz – twój wybór – jedyny prawdziwy przejaw wolnej woli, gdyż jak nie głosujesz, to też głosujesz. Głosujesz za tym, by inni wybierali za ciebie. Skoro jednak nie będę agitował, to pomyślałem o tym, by napisać coś a propos, a nie ma nic lepszego jak wspomnienie o moim udziale w wyborach. Dwie kadencje wstecz było bardzo ciekawie. Ale od początku…

Sołtys, a mieszkam w niewielkiej wsi przy Puszczy Noteckiej, zwołał zebranie Rady Sołeckiej. Dałem się wcisnąć do tej Rady przy okazji innych wyborów. Trochę to było dziwne, bo bardziej miastowy wtedy byłem. Ale wróćmy do tego zebrania. Ktoś tam zaparzył kawę, ktoś inny rozpakował słone paluszki, a sołtys zamknął drzwi na zamek, czego wcześniej nie praktykował. Pomyślałem, że pewnie nie chce, aby nam przeszkadzano, bo ludzie tu wścibscy, nie chcą, aby coś za ich plecami się działo. Wyjaśniło się już przy czytaniu programu zebrania, że sołtys nie obawia się tych wścibskich, ile tego, abyśmy mu nie pouciekali. Chodziło o punkt: wybór członka do Komisji Wyborczej. Stwierdził prosto z mostu, że nie wypuści nas, dopóki ktoś na ochotnika się nie zgłosi. I wiedział, co robi, bo ochotników znalazłby w wiosce tylko do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam przynajmniej coś się dzieje. Rozejrzeliśmy się po siebie i było jasne, że łatwo nie będzie, bo we wszystkich spojrzeniach widać było pełną dezaprobatę. Padł pomysł, by losy ciągnąć, ale Mazguła się nie zgodził. Podobno jak się ma stać jakieś nieszczęście we wsi, jest na sto procent pewne, że trafi się jemu. Coś w tym było na rzeczy, bo gdy ksiądz na ambonie straszył, że kto poślę żonę do roboty w Niemczech na opiekunkę, to go Bóg pokarze, na drugi dzień, w poniedziałek, Mazguła złamał nogę. Jego żona jako jedna z pierwszych pojechała…

Na moje nieszczęście Mazguła uporczywie patrzył mi prosto w oczy, a mógł na każdego innego. Wszyscy inni ten kierunek podchwycili i pod presją tylu błagalnych spojrzeń uległem, choć bardziej adekwatne byłoby określenie – poległem. Na twarzy sołtysa pojawił się tzw. uśmiech sołtysa, czyli miał wyraz twarzy wskazujący na stan wskazujący, co właściwie nie odbiegało od prawdy. Sołtys szybko zamknął zebranie, wziął mnie pod pachę i poszliśmy do Marzenki. Marzenka to wręcz najważniejsza osoba we wsi po sołtysie i proboszczu. Knajpę prowadzi. Sołtys zamówił dwie setki na kreskę, bo akurat gotówką nie dysponował. Marzenka mrugnęła do mnie porozumiewawczo i obdarzyła uśmiechem, w jej przypadku był to uśmiech politowania. Ona wiedziała, czym się to skończy, bo sołtys chciał wlać we mnie otuchę i obywatelską postawę. Chyba mu się udało, bo trzy dni trzeźwiałem.

Kilka tygodni później stawiłem się w odświętnym garniturze, białej koszuli i pod krawatem, za którym nie przepadam, punktualnie o szóstej rano, w Obwodowej Komisji Wyborczej nr… etc., etc. Witał nas przedstawiciel burmistrza i sołtys, na szczęście w towarzystwie małżonki, która skutecznie udaremniała pojawienie się zdradzieckiego uśmiechu. Zresztą, on nigdy przy małżonce się nie uśmiechał. I tak rozpoczęły się wybory. Od kawki, ciasteczek i urywających się pogaduszek, gdyż właściwie się nie znaliśmy. A wyborców jak wymiótł. Kto by tam zrywał się o szóstej rano do urny wyborczej, gdy krowy i inną gadzinę trzeba oporządzić i szykować się do kościoła. Na szczęście ta szkoła, gdzie zasiadała Komisja, stała idealnie w punkt, vis a vis wejścia do kościoła i w prostej drodze do knajpy Marzenki. Jeszcze w czasie mszy sołtys stanął w pobliżu i marsowym wzrokiem patrzył na każdego, kto by chciał punkt wyborczy ominąć, dzięki czemu zapewniliśmy sobie najwyższą frekwencję w gminie. Całe zamieszanie trwało najwyżej godzinę i… praktycznie było po wyborach. Formalnie musieliśmy tkwić w tym przybytku do dwudziestej pierwszej, a jedyne osoby, które nie były na wyborach to kobiety, które wyjechały do Niemiec na robotę. Nudziło nam się jak cholera i każdy tylko patrzył na zegarek, kiedy przyjdzie jego kolej na lancz. Ściślej, to były te godziny, z powodu których, nikt we wsi nie chciał do Komisji.

Najgorsze czekało nas o dwudziestej pierwszej. Trzeba było te głosy zliczyć ze wskazaniem na kandydatów, napisać protokół, czekać aż przyjedzie samochód po cały ten papierowy bajzel i poddać się ceremonii zamknięcia. Na nieszczęście znów pojawił się sołtys, bez małżonki, za to ze swoim uśmiechem i w towarzystwie Marzenki, która miała pełnić rolę kelnerki. Nie powiem złego słowa o uroczystej, choć późnej kolacji, swojskich kiełbasach i kaszankach, o kurzych udkach z grilla, czy przeróżnych ciastach. Ale nic za darmo, trzeba było zapijać wódeczką, gdzie najmniejszą miarką była pięćdziesiątka. Z tego, co zdołałem zapamiętać w ostatnim momencie, to próba wciśnięcia do samochodu, sztywnej jak lodowa figura, przewodniczącej Komisji. Jak wróciłem do domu, kiedy się ocknąłem, lepiej nie pytać.

Jedno jest pewne, już żaden Mazguła mnie na litość nie weźmie! Owszem, obowiązek obywatelski, jakim jest udział w głosowaniu spełniam, ale tylko od strony obywatela-wyborcy.

Autor: Kornel Wolny