Wybuch

chemia

Zainspirowana podpowiedzią, przypomniałam sobie o wybuchu na lekcji chemii. I nie w wykonaniu chemicy, ale naszym własnym. A było to tak:

Każda pracownia w naszym liceum miała swoją kanciapę na pomoce naukowe, a tak naprawdę były to ulubione miejsca, w których chowali się nauczyciele. Znaną praktyką było, że kiedy nie mieli ochoty prowadzić lekcji, zadawali nam jakąś pracę, wchodzili do swojej kanciapy i siedzieli tam aż do dzwonka. Oczywiście mieli nad nami jakąś kontrolę, bo przez uchylone drzwi słyszeli czy nie rozrabiamy zanadto. W końcu zwabiony hałasem dyrektor mógłby wpaść z kontrolną wizytą.

Podobnie było w pracowni chemicznej, a nasza chemiczka często korzystała z tego miejsca.
Tego dnia też zadała nam rozwiązywanie zadań z podręcznika i zniknęła za drzwiami kanciapy. Zadania nie były trudne i szybko z nimi poradziliśmy sobie. No i potem nie za bardzo mieliśmy co robić. Tymczasem na każdym stole stał komplet odczynników chemicznych. I z tych nudów zaczęliśmy się nimi bawić. Szczególnie jedna z koleżanek nie umiała powściągnąć swojej ciekawości. A co będzie jak to zmieszamy z tym? Nawet za bardzo nie wiedzieliśmy co to jest „to” i „to”, które zaczęłyśmy mieszać. Kilka prób było ciekawych, ale kolejna skończyła się gwałtowną reakcją. Zaszumiało, trysnęło, zalało stół i puściło dym! Odskoczyłyśmy w popłochu, przewracając krzesła. Chemiczka oczywiście usłyszała rumor i natychmiast pojawiła się w drzwiach kanciapy. Zobaczyła bulgocacą na stole ciecz i nasze wystraszone miny. Ze stoickim spokojem patrzyła chwilę na ten obrazek, po czym z tym samym spokojem wycedziła przez zęby:

„Na jutro wszystkie cztery (przy każdym stole siedziało po 4 uczniów), dziesięć razy przepiszecie regulamin pracowni chemicznej!” – po czym równie spokojnie znów zniknęła za drzwiami kanciapy.

 

Autor: Maria

(praca przysłana na konkurs “Widziane ze szkolnej ławki”)