Piszę o wszystkim, co w jakiś sposób mnie dotyka – Wywiad z Frau Be

Frau Be

Dziś zapraszam na blog „Zdaniem Frau Be”, dodam, że blog odkryty przeze mnie niedawno, choć bardziej adekwatnym stwierdzeniem jest określenie, że to Autorka bloga mnie znalazła. Od razu mi się u niej spodobało, a może się poszczycić niebagatelnym stażem. Poprosiłem o odpowiedź na kilka pytań.

Rzadko kiedy zdarza mi się czytać stare notki nowopoznanych blogowiczów. Nie potrafię uzasadnić, dlaczego w Twoim przypadku było inaczej. Od razu trafiłem na pierwszą notkę i przyznam, że doznałem szoku. Mało kto w tak kontrowersyjny sposób przedstawia się potencjalnym czytelnikom. Potrafisz dziś uzasadnić to „wejście smoka”? I skąd ten dość oryginalny nick?

O, dotknąłeś bardzo przyjemnych wspomnień! Blog, o którym mówimy i który dzisiaj prowadzę jako jedyny, nie jest moim pierwszym. Zaczynałam wiele – na pewno ponad dziesięć – lat temu, na tzw. „starym” Onecie. Tam stawiałam pierwsze krok, było przesympatycznie w użytkowaniu, czytelnie, jasno. Niestety, zdewaluowała się technicznie i blogerzy zostali przymusowo przesiedleni na nową, która mi nie odpowiadała i tak pojawiłam się na przyjaznym blogspot.com. Stąd nie tyle przedstawienie się w pierwszym poście, co przypomnienie o moim istnieniu. A dlaczego kontrowersyjne i w formie „wejścia smoka”? Tu muszę cofnąć się do czasów Onetowych. Redakcja tego portalu miała w zwyczaju polecać na stronie głównej posty, które z jakichś względów uznała za atrakcyjne. Możesz sobie wyobrazić, co się wówczas działo: jednego wieczoru miało się 15 do 20 tysięcy wejść przypadkowych internautów, z których przynajmniej 200 zostawiało komentarz. Nie muszę chyba dodawać, że była to niezła pożywka dla wszelkiej maści trolli i innych frustratów, którzy bardzo chcieli w jakiś sposób zaistnieć, a robili to w jedyny dostępny im sposób: wypisując bzdury, szafując inwektywami, wulgaryzmami, wyzwiskami, prostackim pseudodowcipem, nierzadko wypisując maile, o jakich nie śniło się nawet filozofom. Miałam to problematyczne szczęście, że Onet mnie sobie upodobał i doszło do tego, że niemal co trzeci mój post był polecany. To było niesłychanie uciążliwe, przynajmniej do momentu, w którym nie uświadomiłam sobie, że przecież nie muszę czytać tych wszystkich bzdur wypisywanych przez anonimowych ludzi, z którymi najprawdopodobniej nigdy w życiu nie będę miała do czynienia.

Myślę, że teraz już rozumiesz, dlaczego w pierwszym poście przedstawiłam się jako „buntująca się nastolatka”, „szowinistyczna świnia, która nienawidzi kobiet”, osoba o „niskim poziomie intelektualnym”, „lesbijka”, „seksoholiczka”, kobieta „tak brzydka, że nikt mnie nie chce”, człowiek „chory na schizofrenię”. Te i wiele innych epitetów, których nie sposób przytoczyć w pełnej gamie, zawdzięczam „czytelnikom” (cudzysłów w tym miejscu bardzo uzasadniony), którzy nie szczędzili mi powyższych komplementów. Niezmiernie mnie to bawiło, a jednak gdy stara platforma padła, odczułam ulgę, lądując w bezpiecznym, zacisznym miejscu, jakim jest Blogger.

Pozostaje jeszcze kwestia pseudonimu. Pierwszy mój nick, ten Onetowy, brzmiał „Bezdomna”. Tak mi przyszło do głowy ze względu na poczucie, że pośród zalewu głupoty i chamstwa znamionujących czasy, w których żyjemy, nie mogę sobie znaleźć miejsca, nie czuję się u siebie. Przeprowadzając się na nową platformę doszłam do wniosku, że pora zmienić ksywkę, bo ta jest zbyt trywialna. Zaczęłam od pozostawienia pierwszej litery starej („Be”), a że było żałośnie krótko, dodałam „Frau”, bo… „Pani” wydała mi się pospolita, więc sięgnęłam po język, który lubię.

Sam, jako bloger w pełni monotematyczny stwierdzam ze zdumieniem, że nie stosujesz żadnych reguł tego typu. Skąd taka formuła, skąd czerpiesz inspiracje i jak wygląda Twój warsztat pisarski, który zapewnia Ci sporą ilość czytelników i komentujących?

Naprawdę nie dostrzegasz w tym szaleństwie metody? Może i słusznie… Wbrew pozorom odpowiedź jest prosta: piszę o wszystkim, co w jakiś sposób mnie dotyka:, cieszy, boli, interesuje, denerwuje, wzrusza, bulwersuje, wkurza…. Czasem wracam do jakiegoś tematu po dłuższym czasie i wtedy widać, jak ewoluowały moje poglądy na dane zagadnienie. Wiele tekstów napisałabym dziś zupełnie inaczej. Na pewno nie robię jednego: nie szukam tematów na siłę, nie wyruszam na żer, żeby wymyślić coś na blog. Wypowiadam się wtedy, gdy mam coś do powiedzenia, a gdy nie mam, nie tworzę „z sufitu” tylko po to, żeby wyrobić normę. Czasem wpada mi do głowy jakaś myśl w trakcie czytania cudzych blogów, innym razem inspirują mnie wydarzenia, rozmowy, problemy… Stąd bierze się różnorodność poruszanych tematów, a także spora gama długości tekstów (od króciutkich po nieco tasiemcowate) oraz zróżnicowanie emocjonalne (od chłodnego obiektywizmu po emocje).

Mówiąc o „warsztacie pisarskim” chyba nieco przesadziłeś. Po prostu siadam, piszę (w Wordzie, żeby zachować wszystko, co napisałam, na dysku), a potem wrzucam na blog… i już.

Wspomniałam o metodzie… Jednym ze stale pojawiających się wątków są podróże, ponieważ moją pasją jest poznawanie świata. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że nie wszystkich to interesuje i żeby nie odstraszać czytelników, posty podróżnicze publikuję co trzeci raz. W końcu nie samym zwiedzaniem żyje człowiek.

Tym razem tradycyjne pytanie: masz spory bagaż doświadczeń w blogosferze, co Ci się w niej podoba, a czemu natychmiast ukręciłabyś łeb? Niejako przy okazji, czy blogosfera w jakiś sposób oddziałuje na Twoje życie w realu?
Przede wszystkim… oj, to nie będzie miłe. Otóż dostaję szału z powodu gremialnego użytkowania formy „bloga” w dopełniaczu i bierniku. To powinno być karalne! W końcu nie znamy tego monologu czy monologa? I wygłaszamy monolog czy monologa? A przecież to ten sam rodzaj deklinacji! W ogóle nie za bardzo podoba mi się fakt, że „pisać każdy może”, bo gros blogerów posługuje się swoim ojczystym językiem w sposób, od którego cierpną zęby i marszczy się skóra na siedzeniu.

Natomiast do rzeczy, które bez wątpienia mi się podobają, należy pełna różnorodność blogerskiej braci. Można powiedzieć, że dla każdego coś dobrego. Nawet jeśli czyjąś pisaninę uważam za nudną, a blogera (płci dowolnej) za kurzy móżdżek, mam do dyspozycji ogromny wybór.

Poprzez blogi poznałam kilka osób w realu, w tym moją krajankę. Wychowywałyśmy się na sąsiednich osiedlach, mamy wspólnych znajomych, jesteśmy rówieśnicami, a co najważniejsze – nadajemy na tych samych falach. Z niektórymi blogowymi znajomymi utrzymuję również kontakty telefoniczne, mailowe i za pośrednictwem tradycyjnej poczty, choć jeszcze nie spotkałam się z nimi na żywo. Były i takie osoby, które bardzo mnie rozczarowały przy bliższym poznaniu, ale to naturalne – bywa, że Internet zniekształca wizerunki.

Nawiązując jeszcze do Twoich doświadczeń, możesz udzielić kilku dobrych rad tym, którzy myślą o stworzeniu bloga? Jakich błędów unikać, jak zdobywać czytelników i wreszcie jak swój blog pokochać na bardzo długo?
Ciocia Dobra Rada, tak? Przyznam, że w tej roli czuję się wyjątkowo kiepsko! Nie znam gotowych recept na popularność, sama nie robię niczego pod publiczkę. Na pocieszenie dodam, że przecież „każda potwora znajdzie swego amatora”. Wiem, że najtrudniej „zaistnieć”, potem już jakoś idzie. Myślę, że najlepiej jest zostawiać regularnie komentarze na innych blogach. Szczere i przemyślane (nie w rodzaju „fajny blog”), bez dodawania linku do siebie, bo to zniechęca. Jeżeli ktoś zechce, znajdzie blog komentującego, a z czasem, jeśli mu się spodoba, zadomowi się tam na stałe.

Przyznam, że pytanie „jak pokochać swój blog na bardzo długo?” dosyć mnie zaskoczyło. To nie robi się samo?! A tak serio: kto kocha pisać, będzie pisał, bo przecież do tego, co się lubi, zawsze z przyjemnością się wraca. Jeśli zaś blog jest tylko przelotnym kaprysem, pomysłem na zabicie czasu, nie przetrwa.

Dziękuję za tak obszerne odpowiedzi.
Amatorom blogowych treści polecam ten ciekawy blog o wszystkim. Ja na pewno zagoszczę u Frau Be na dłużej, gdyż jest rzeczywiście ciekawie.
Blog znajdziemy tu: http://fraube2.blogspot.com/

Wywiad przeprowadził red. Kornel Wolny