Z wulkanu lecą klamoty

wulkan

Od kiedy pamiętam nigdy nie lubiłam szkoły.  Nie dlatego, że miałam w którejkolwiek jakieś trudności.
Wszystkie – począwszy od podstawówki a na studiach kończąc – zaliczyłam z wysokimi lokatami. Najgorzej to było w Liceum gdzie najpierw mieszkałam na „stancji” – jeżeli jeszcze ktoś wie co to słowo oznacz., a potem w internacie.   Były to lata 60 ubiegłego wieku. Jak sobie przypomnę ten rygor internacki i szkolny, nauka  siedem dni w tygodniu… Do domu jeździło się tylko raz w miesiącu po pieniądze na opłaty. Wracając z domu myślałam w duchu „aby się pociąg wykoleił, „wjechał w zaspy śnieżne” i innego rodzaju brednie, to nie mogę powstrzymać się od uśmiechu. Teraz patrząc z perspektywy czasu – a minęło już ponad 50 lat od zdania matury – to widzę, że nie było wcale tak tragicznie. Teraz mogłabym przytaczać mnóstwo anegdot szkolnych, które wydarzyły się naprawdę.

W moim Liceum z „tradycjami” – tradycją przekazywaną z klasy do klasy było nadawanie pseudonimów profesorom, którzy tylko udawali, że o tym nic nie wiedzą.  Oj, różne to były pseudonimy niektóre zabawne inne mniej… Mój wychowawca a zarazem profesor od fizyki miał pseudonim „Klamot”. Nie wiem czemu, bo był to młody, przystojny pan. Pseudonim nasza klasa odziedziczyła po poprzednim roczniku, który już zdał maturę.

W jedenastej klasie „a była wówczas taka” trzeba było zdać maturę. Język polski – pisemny i ustny, matematyka – pisemny i ustny, język obcy – pisemny i ustny, historia- pisemny i ustny, wiadomości o świecie – ustny i przedmiot dodatkowy do wyboru – też ustny.  Chcąc sobie poprawić średnią na świadectwie maturalnym – wybrałam geografię.  Zbliżał się termin mojej matury z geografii. Weszłam na salę i wylosowałam  3 tematy do odpowiedzi. Dwóch już nie pamiętam, natomiast trzeci bardzo dobrze. Był to „ opisz zjawisko wulkaniczne”. To miałam wykute „na blachę”. Ten temat zostawiłam sobie na koniec egzaminu, aby „zabłysnąć”. I rzeczywiście. Z nerwów i pewności siebie mówiłam szybko i tak jak w transie o tych wulkanach, że powstają tak i tak, co się z nimi dzieje w czasie erupcji, i że wyrzucają wszelkiego rodzaju pyły, głazy…. i nagle słyszę podpowiedź mojego wychowawcy i „klamoty”..  Ja  bezwiednie powtórzyłam i „klamoty”… Nagle usłyszałam ogólny śmiech na sali i słowa komisji „jak klamoty” to już dziękujemy. Prawie nieprzytomna wyszłam z sali. Koledzy czekający na swoją kolej „dopadli” mnie pytając „co miałaś?”, „jak ci poszło?”. Ja z rozbrajającą szczerością powiedziałam co zaszło na sali, i że nie wiem czym tak rozśmieszyłam komisję…W tym momencie otworzyły się drzwi i stanął w nich mój wychowawca. Dopiero do mnie dotarło co tam się wydarzyło. Przez następne 5 minut słychać było w całym liceum śmiech nie tylko kolegów, ale również mojego wychowawcy i komisji egzaminacyjnej.

A ja, no cóż poprawiłam sobie średnią na świadectwie maturalnym.

Przez dłuższy czas spotkaliśmy się na zjazdach klasowych z naszym wychowawcą.  Pewnie pamiętał te „klamoty”, bo gdy spojrzał na mnie to jakoś tak dziwnie się uśmiechał.

Autor: Cecylia

(praca przysłana na konkurs “Widziane ze szkolnej ławki”)