Kontrowersje muzyczne

muzyka

Urodziłem się dość wcześnie, na tyle wcześnie, aby zaznać w pełni rewolucji muzycznej końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych.To pewnie nawiązywało do charakteru środowiska, w jakim się wychowywałem, dość, że dzięki poluzowaniu gomułkowskiego komunizmu, zaczynała do nas docierać muzyka The Beatles, The Rolling Stones i wielu innych. Moje upodobania poszły w stronę rocka i bluesa.

To miało również swoje złe strony, które składam na karb buntu młodych tego okresu, w końcu sam byłem członkiem tego pokolenia. W żaden sposób nie potrafiłem się zachwycać sentymentalnym Frankiem Sinatrą, a z naszych, polskich wykonawców: Ireną Santor czy Mieczysławem Foggiem. Gdy moja matka namiętnie słuchała Fogga, ojciec zaś Santor, ja odchodziłem od zmysłów. Nie mogłem zrozumieć, jak można było się zachwycać muzyką takich wykonawców, również kapeli ludowych, a nawet wielkich zespołów muzyczno-baletowych typu Mazowsze czy Śląsk. Równie źle odbierałem muzykę poważną, nawet tej lekkiej nie wyłączając. Po pierwsze, to był obciach, po drugie, nie było nawet czasu na takie bzdety. Podobno o gustach się nie dyskutuje, gusta się ma i tyle, a jednak chyba da się je kształtować, gdy się trafi na odpowiednie środowisko i właściwych ludzi.

Pierwszy żywy kontakt z muzyką poważną miałem za sprawą… minispódniczek. Mam świadomość, że to absurdalne połączenie, więc wyjaśnię w dwóch zdaniach. Tak jak wielkim fanem bluesa byłem, tak jeszcze bardziej goniłem za minispódniczkami, choć bardziej adekwatnym byłoby tu określenie – goniłem za tym, czego nie zakrywały. I jedna z dziewczyn w minispódniczce zaciągnęła mnie na koncert dyplomowy absolwentów Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Moda na minispódniczki przeminęła, a we mnie – jak iskra – zatliła się za to miłość do muzyki poważnej. Po drodze zahaczyłem o Straussów i Koncerty Noworoczne Filharmoników Wiedeńskich (to moje marzenie, oby nie ściętej głowy!, aby kiedyś być na tym koncercie osobiście), niemniej fali prawdziwych wzruszeń od czterdziestu kilku lat, dostarcza mi na przykład chór niewolników Va Pensiero z Nabucco Verdiego, od razu dodam – i wiele innych.

Przywilejem starości jest zbaczać z głównego wątku, bo ja nie o muzyce poważnej miałem, a o pozornie mimochodem napomkniętym Mieczysławie Foggu. Do dziś nie tęsknię za jego lirycznymi piosenkami i nawet sławna Pieśń o matce nie robi na mnie żadnego wrażenia. W moim, w pełni osobistym odczuciu, jego głos nie miał w sobie żadnej ekspresji ani wyrazistości. Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. A jednak coś ze mną nie tak, skoro zaciekawiła mnie informacja, że z okazji 74. rocznicy Powstania Warszawskiego odbędzie się 27 lipca koncert piosenek Fogga, w nowych interpretacjach zespołu Młynarski – Masecki Jazz Camerata Varsoviensis. Koncert będzie połączony z promocją płyty Fogg – pieśniarz Warszawy. Jestem z natury sceptyczny, a skoro nawet nie znam tego muzycznego materiału, trudno mi się do tej inicjatywy w jakikolwiek sposób odnieść. Pożyjemy – zobaczymy, choć może nie dosłownie, gdyż raczej mam nikłe szanse być bezpośrednim uczestnikiem tego koncertu. Bardziej trawi mnie ciekawość, czy z takiego repertuaru da się w dzisiejszych czasach stworzyć  coś bardziej ambitnego. Nie sądzę aby dziś Mieczysław Fogg wrócił na listy przebojów w stylu lat swojej świetności, ale na miarę czasów jego prawdziwego powodzenia, ale kto wie, czy w tym przedsięwzięciu nie będzie, choć na krótko, pewnej atrakcji, urozmaicającej powszechny marazm muzyki popularnej.

Tym, którzy chcą sobie uatrakcyjnić pobyt w Warszawie pod koniec lipca, warto polecić ten koncert, gdzie oprócz zarekomendowanego zespołu będzie można spotkać wielu zagranicznych gości – artystów z Powstaniem Warszawskim związanych. I miejsce ciekawe – Park Wolności MPW – a i wstęp wolny.

 

Autor: Kornel Wolny